Po urodzeniu siedmiorga dzieci, spośród których czworo zmarło nie osiągnąwszy dorosłości, żyła jak zakonnica: poszcząc, rozdając swoją własność na jałmużnę, chodząc boso. Jej mąż - Henryk Brodaty - z obawy o zdrowie Jadwigi, wszedł w konszachty z jej spowiednikiem, by ten nakłonił ją do noszenia butów. Spowiednik nakazał. Jadwiga posłuchała. Zaczęła nosić buty... połączone tasiemką i zawieszona na szyi.
W końcu Jadwiga, z pochodzenia niemiecka księżna, która nauczyła się mówić po polsku, osiadła w trzebnickim klasztorze cysterek, ufundowanym - za jej namową - przez ślubnego męża, Henryka. Była pierwszą w naszej historii tej rangi niewiastą, która władzę, godności i zaszczyty zamieniła na życie za klauzurą.

Święci nadwejściem do naszej katedry: św. Jadwiga Śląska (J) w środku, po jej lewej stronie św. Mikołaj (M), po przeciwnej - Jan Nepomucen (N).

O mały włos, a Jadwiga, księżna Śląska, zostałaby także księżną Małopolski, gdyż Henryk potykał się zbrojnie z Konradem Mazowieckim (tym od sprowadzenia krzyżaków do Polski) o władzę nad Małopolską. Ale bezskutecznie. Po śmierci - a dożyła prawie siedemdziesiątki - Jadwigę kanonizowano dość szybko, bo zaledwie w ciągu niespełna ćwierćwiecza. Byłaby sobie spokojnie patronką samego tylko Śląska, gdyby jej król Jan III Sobieski nie wyjednał w Rzymie dekretu na świętą opiekę nad całą Rzeczpospolitą.

A ponieważ ów historyczny Śląsk sięgał aż po Bielsko, kończąc się na rzece Białej, więc i swoje miejsce znalazła św. Jadwiga na frontonie kościoła św. Mikołaja, poświęconego przez biskupa wrocławskiego Georga Koppa. Dziś wita wchodzących do bielskiej katedry, stojąc centralnie nad głównym wejściem, w asyście świętych Mikołaja (po jej lewej) i Jana Nepomucena (po jej prawej stronie). W ręku trzyma makietę kościoła. Tak ją przedstawia sztuka chrześcijańska, podobnie jak wszystkie święte królowe i księżniczki, które z bogactwa swojego albo własnych mężów kościoły, tudzież klasztory były łaskawe fundować.