Po miejskich ulicach i wiejskich drogach sunęły barwne korowody, odgrywające męczeństwo Doroty Fabrycjusz, pogański namiestnik rzymski, posłał do niej w swaty swojego sekretarza, Teofila. Tern jednak przyniósł swemu panu złe wieści, że Dorota miłuje Chrystusa i małżeństwem z poganinem nie jest zainteresowana. Frabcycjusz bezskutecznie próbował wpłynąć na zmianę Dorocinej decyzji, zrazu prośbą, potem groźbą i torturami. Wreszcie na śmierć ją skazał od miecza. Gdy prowadzono ją na miejsce stracenia, Teofil zapytał, dokąd jej tak spieszno.
- Do rajskich ogrodów – odpowiedziała dzielnie.
- Uwierzę ci w nie, gdy mi z nich owoców i kwiatów przyślesz – zakpił, wszak to w środku zimy było.
- Przyślę, tylko przyjmij je godnie – uśmiechnęła się Dorota. Zaraz potem kat głowę jej mieczem uciął.
Wieczorem, gdy Teofil z przyjaciółmi wieczerzał, oto stanął przy nim chłopiec z koszem, w którym na dnie trzy jabłka były, a na wierzchu trzy róże leżały. Zaniemówił. I uwierzył, sam później śmierć męczeńską ponosząc z tego powodu.
Odgrywano w zapustnych pochodach jeszcze dalszą część tej historii, że po Fabrycjusza, jak ongiś po Heroda, diabli przyszli i jego duszę do piekła porwali.
Była Dorota przez wieki czczona jako jedna z czternastu najskuteczniejszych orędowniczek, a często – jak na historycznym tryptyku z Jasienicy na Śląsku Cieszyńskim – stała w niebie zaraz obok Matki Boskiej wraz z Barbarą, Małgorzatą i Katarzyną, jako jedna z czwórki wyjątkowych patronek. Ale pół wieku temu z okładem posoborowy Kościół uznał, że Doroty egzystencja wątpliwą jest, tradycje jej przypisywane – puste, a znaczenie – na wyrost. Więc świętą z koszyczkiem pełnym kwiatów z kalendarza wykreślił, nie bacząc, że za swoją patronkę mają ją ogrodnicy, botanicy, a nawet górnicy i młode małżeństwa.
A i tak imię „Dorota”, po raz pierwszy odnotowane na naszych ziemiach pod koniec XIV w., nosi dziś w Polsce ponad 270 tysięcy pań, którym dziś wypada złożyć serdeczne powinszowania.